Potrafię mówić w czterech językach. To może dużo powiedziane, dogaduję się. Za miarę tej umiejętności uważam sztukę prowadzenia rozmowy o wszystkim i o niczym, czyli „small talk". Jeśli potrafisz pogadać o pogodzie, cenach w restauracji, podróży samolotem – jesteś na dobrej drodze, poradzisz sobie.

Na urlop pojechałem do wspaniałej doliny w Pirenejach. Jest to obszar francusko-hiszpański, lub hiszpańsko-francuski, zależy oczywiście od miejsca siedzenia. Przekonałem się, że po hiszpańsku potrafię porozmawiać o wypiekach i kawie, warunkach narciarskich oraz gdzie nauczyłem się jeździć. Po francusku nie rozumiem nic, a sami Francuzi rozbawili mnie myśleniem, że mówiąc głośniej i szybciej na pewno lepiej ich zrozumiem. Jakież to ludzkie.

Najbardziej rozbawiła mnie jednak sytuacja w hamburgerowni w małej hiszpańskiej miejscowości, Alp. Najpierw zapytałem obsługę, po hiszpańsku, o to, gdzie są toalety. W tychże stanąłem w kolejce, żeby z pewną panią z Ameryki podyskutować, po angielsku, o tym, która kabina wolna, a która zajęta. Umyłem ręce i do mnie dotarło.

W ciągu jednej minuty przeskoczyłem z hiszpańskiego na angielski i na polski, gdy dołączyłem do stolika z rodziną. Trzy języki! Mam ochotę i motywację, by dalej podróżować i się uczyć. Tyle zabawy w ciągu jednej minuty zaledwie. Warto.